niedziela, 9 czerwca 2013

S.O.S. Ziemia

Zapraszam Was do obejrzenia mojego najnowszego odkrycia - filmu dokumentalnego, który w pewnym sensie, stanowi podsumowanie wszystkiego, o czym pisałem na tym blogu. Choć od premiery filmu minęły 4 lata niewiele zrobiliśmy dla zmian i likwidacji zjawisk, o których traktuje dokument. Jego tematyka jest dziś jeszcze bardziej aktualna...

Według informacji jakie można znaleźć na filmwebie produkcja po raz pierwszy została zaprezentowana w Dniu Ziemi, 5 czerwca 2009 – równocześnie w 85 krajach, w kinach, w telewizji, na DVD oraz w Internecie i stanowiła jak dotąd największe na świecie zrealizowane multimedialne wydarzenie pro-ekologiczne.

Projekt Luca Bessona, jednego z najbardziej popularnych reżyserów francuskich poraża nie tylko treścią. Warto go także zobaczyć ze względu na piękne i zapierające dech w piersiach obrazy.


Idąc za słowami narratora filmu: "Wysłuchajcie tej historii, Waszej historii i zastanówcie się co dalej..."

czwartek, 16 maja 2013

Zanim będzie za późno…

Czy naprawdę musimy teraz coś robić aby ratować Ziemię i przyrodę ? Nie musimy. Za naszego życia z dużym prawdopodobieństwem nie nastąpi żadna globalna katastrofa ekologiczna… a oglądnie ich w telewizji wciśniętych między wiadomości z polityki, a pogodę nikogo przecież tak naprawdę nie obchodzi. Jeszcze przez pewien czas Ziemia, z coraz większym trudem, ale jednak, zniesie naszą obecność.

Czy coś zrobimy w najbliższym czasie? Niestety jestem przekonany że nie. Przynajmniej nie w wymiarze globalnym. Z pewnością zmieni się, a nawet już zmieniła świadomość pojedynczych ludzi, a nawet większych grup. Część z nas zmieni nawet swój styl życia. Nie zmieni się jednak świadomość ludzi jako całej zbiorowości, przynajmniej tak uważam. Jesteśmy destrukcyjnym gatunkiem. Do czasu, w którym problemy nie dotykają nas bezpośrednio, nie interesują nas. Podświadomie czujemy zagrożenie, wiemy że zaczyna dziać się coś złego, ale jeśli jest to daleko - nic z tym nie robimy. Reagujemy i działamy dopiero kiedy problem zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio.

Czy zrobimy coś w przyszłości? Na pewno. Ludzie wielokrotnie dawali przykład, tego że postawieni wobec katastrof globalnych potrafią się zmobilizować się w nieprzeciętny sposób. Problem w tym, że pokolenie, któremu przyjdzie się zmierzyć ze zniszczeniem przyrody i wyczerpaniem zasobów naturalnych, będzie na to wydarzenie prawdopodobnie przygotowane w takim stopniu jak my dzisiaj – czyli w ogóle. Pozostaje mieć nadzieję, że gdy dotrze do nas to, że musimy wreszcie coś zrobić, nie będzie już późno…

wtorek, 14 maja 2013

Najbardziej zagrożony gatunek na Ziemi

Większość ludzi, nie wyłączając autora tego bloga, pragnie dobrego, bezpiecznego i wygodnego życia. Chcemy mieć duże mieszkania, dobre samochody, komputery i telefony, nieograniczony dostęp do technologii i rozrywek, tanią ropę i żywność. W samych dążeniach nie ma nic złego. Niestety nasze dążenia prawie nigdy nie idą w parze z troską o środowisko. Bezkrytycznie dążymy do celu nie zważając na konsekwencje. Realizujemy coraz śmielsze projekty technologiczne dla samej ich realizacji, bez refleksji nad tym jakie konsekwencje może mieć ich działanie. W pogoni za dobrami materialnymi, z każdym rokiem coraz bardziej nadmiernie eksploatujemy i niszczymy środowisko. Zapominamy, że niszcząc je, w rzeczywistości niszczymy siebie.


Jesteśmy nierozerwalnie złączeni z naszą planetą, nasze istnienie zależy od niej, ale ona istniała i może istnieć bez nas. To czy tak będzie zależy jednak tylko od nas. Jako jedyny gatunek na ziemi nie żyjemy z nią w zgodzie, żyjemy zachłannie, na kredyt. To powoduje że, w moim przekonaniu, dziś jesteśmy najbardziej zagrożonym gatunkiem na ziemi. Jako jedyne stworzenia na Ziemi, mimo swej świadomości, wiedzy i umiejętności, możemy doprowadzić do swego upadku. I nikt nas przed tym nie zatrzyma, możemy to zrobić wyłącznie my sami…

piątek, 10 maja 2013

A może tak cofnąć czas?

W 2000 r w hiszpańskiej części Pirenejów zginął ostatni koziorożec pirenejski Bucardo. O tym, że gatunek ten skazany jest na zagładę naukowcy wiedzieli już kilka lat wcześniej. Dlatego odnaleźli ostatniego żyjącego koziorożca i założyli mu obrożę, która w chwili śmierci pozwoliła naukowcom odnaleźć jego ciało. Dlaczego to zrobiono? Bezprecedensowy plan naukowców zakładał przywrócenie gatunku do życia. Zachowano komórki Bucardo, a następnie przez kilka lat próbowano wczepić do kozich jajeczek zbliżonego gatunku, z których usunięto pierwotne DNA, jego kod genetyczny. Po sukcesie tej operacji dokonano implantu u matek zastępczych. Wreszcie po wielu próbach naukowcom udało się zapłodnić jedną z nich. Niestety narodzone koźlątko przeżyło jedynie 10 minut.

koziorożec pirenejski Bucardo
Od tego czasu świat nauki uczynił jednak znaczny postęp, a współczesne techniki wskazują, że podobne metody, choć trudne, dają wysoką szansę na wskrzeszenie wymarłych niedawno gatunków. Czy powinniśmy to robić? Pozwolę sobie oddać głos Michaelowi Archerowi, paleontologowi z australijskiego Uniwersytetu w Południowej Walii: „Jeśli mówimy o gatunkach, których wymarcie spowodowaliśmy, to myślę, że jesteśmy zobowiązani do prób ich wskrzeszenia. Niektórzy ludzie odrzucają takie myślenie, twierdząc że wskrzeszenie nieistniejących gatunków to uzurpacja roli Pana Boga. Ja jednak uważam że bawiliśmy się w Pana Boga, eksterminując te zwierzęta” – zgadzam się z tym zdaniem w 100%.

wtorek, 7 maja 2013

Co zabija pszczoły?

Na całym świecie, w tym w Polsce, pszczoły giną masowo. Problem ten zauważono już kilka lat temu, jednak dopiero od niedawna zaczęto traktować go poważnie, gdy uświadomiono sobie skalę zjawiska i jego konsekwencje. Dlaczego ich wymieranie jest tak istotne? Chociaż nie uświadamiamy sobie tego to pszczoły mają bardzo istotny wpływ na nasze życie, a ich brak może doprowadzić do globalnej katastrofy ekologicznej. To owady, głównie pszczoły, zapylają 84 procent z 264 roślin uprawianych w Europie, a 90% roślin nieuprawnych jest zapylane wyłącznie przez ten gatunek. Nie wszystkie rośliny niezbędnie potrzebują zapylaczy (potrafią bez nich przetrwać, ale wydają słabsze plony), ale te które ich potrzebują, bez pszczół po prostu zginą. W naszym klimacie będzie to około trzy czwarte roślinności... Ich brak będzie oznaczał brak znacznej części pokarmu dla ludzi i dla zwierząt.


Tymczasem szacuje się, że tylko w bieżącym roku, w Stanach Zjednoczonych zginęło 50% kolonii pszczół. Choć skala zjawiska w innych krajach nie jest tak duża to dane są zatrważające. Przez długi czas nie znano przyczyny tego zjawiska. Dziś wiadomo, że składa się na nie wiele przyczyn, ale za głównego sprawcę masakry uważane są środki ochrony roślin, a zwłaszcza pestycydy. Choć nie jest to jeszcze całkiem pewne to z dużym prawdopodobieństwem powodują one porażenie układu nerwowego nie tylko szkodników, ale i pożytecznych owadów zapylających. Efektem interakcji pszczoły z środkiem chemicznym jest najczęściej dezorientacja pszczoły. W rezultacie dana rodzina pszczela wylatuje po nektar i żadna z pszczół nie wraca już do ula.
Jak już wspomniałem nie jest to jedyna przyczyna umierania pszczół. Wśród winowajców wymieniane są też choroby i jednorodne uprawy na bardzo dużych obszarach. Najbardziej interesującym, chociaż nadal praktycznie niezbadanym wątkiem, jest wykryta silna korelacja między większą śmiertelnością pszczół a ilością upraw genetycznie zmodyfikowanych występujących na danym obszarze. Ta informacja może budzić zastanowienie w kontekście spożywania takiej żywności przez nas w coraz większych ilościach...

niedziela, 5 maja 2013

Czy życie w sposób ekologiczny jest drogie?

Można powiedzieć że tak i nie. Podjęcie kilku prostych ekologicznych zobowiązań (patrz dekalog) może nam przynieść korzyści finansowe. Gaszenie światła, zamykanie kranów, ocieplenie mieszkania czy zmniejszenie ilości spożywanego mięsa może korzystnie wpłynąć na grubość naszego portfela. Z drugiej strony wiele działań ekologicznych, zwłaszcza tych w skali globalnej, jest bardzo kosztowana. Budowa infrastruktury z uwzględnieniem wymogów ekologicznych zawsze podnosi koszty inwestycji. Drogi z przejściami dla zwierząt, elektrownie czy samochody emitujące mniej szkodliwych gazów, produkcja w sposób nie przynoszący toksycznych odpadów i wiele innych, będą zawsze kosztowały więcej niż inwestycje pomijające te aspekty. Musimy jednak zastanowić się nad tym jakie koszty poniesiemy, my ludzie, kiedy wyczerpiemy zasoby naturalne lub zatrujemy przyrodę do tego stopnia, że życie na naszej planecie stanie się bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Już teraz za naszą krótkowzroczność płacimy dużą cenę – żyjąc w zatrutym środowisku, oddychając spalinami, żywiąc się żywnością podrasowaną chemikaliami, coraz częściej płacimy za to naszym zdrowiem. Wiele najgroźniejszych chorób XX wieku takich jak np. choroby układu krążenia czy nowotwory ma duży związek ze stylem życia jaki prowadzimy i w jakim środowisku żyjemy... To prawda, że jeśli będziemy chcieli żyć w zgodzie z nasza planetą i z szacunkiem dla niej będziemy musieli ponieść koszty. Jednak czy nie są one warte naszego życia i życia przyszłych pokoleń?

piątek, 3 maja 2013

Kapitalizm, konsumpcja i przyroda

Marksistowska definicja kapitalizmu mówiła że kapitalizm to system oparty na wyzysku człowieka. Do tej, dziś delikatnie mówiąc niemodnej, definicji dorzuciłbym jeszcze jedno. Kapitalizm to system wyzysku człowieka, ale również przyrody. Nie czuję się kompetentny odpowiadać na pytanie czy są systemy lepsze, ale jestem przekonany, że ten przyrodzie służyć nie będzie. Dlaczego? Postaram się wytłumaczyć poniżej.

Bezpośrednią pochodną kapitalizmu jest konsumpcjonizm i nie zmienia tego fakt, że przez wielu teoretyków kapitalizmu konsumpcjonizm był krytykowany. Dobrobyt w kapitalizmie, który nawiasem mówiąc jest domeną uprzywilejowanej części ludzkości, opiera się na ciągłym wzroście gospodarczym, a ten na wzroście produkcji. Problem w tym, że aby utrzymać wzrost produkcji trzeba mieć również konsumpcję. I to nie zwykłą konsumpcję wynikającą z rzeczywistych potrzeb człowieka, ale konsumpcję coraz większą, proporcjonalną do wzrostu produkcji.

Aby tego dokonać należy przekonać społeczeństwa do tego aby kupowały więcej niż potrzebują. Jak to zrobić? Metody są dwie. Pierwszą z nich jest przekonanie człowieka, że wysokość konsumpcji jest podstawową wartością i wyznacznikiem jakości jego życia. W ten właśnie sposób wykreowano trend zwany konsumpcjonizmem, który polega na „nieusprawiedliwionej (rzeczywistymi potrzebami oraz kosztami ekologicznymi, społecznymi czy indywidualnymi) konsumpcji dóbr materialnych”.

Jednak część społeczeństwa, zwłaszcza ta świadoma, posiadająca ukształtowany własny system wartości nie podąży za tym trendem. Dla nich wymyślono inną metodę zmuszającą do nabywania – zaplanowaną nieprzydatność produktu. Na pewno wielu z was zastanawiało się nad tym dlaczego kiedyś lodówka, pralka i wiele innych sprzętów pracowało 10-15 lat, a dziś połowa tego czasu to dla wielu urządzeń wynik trudny do osiągnięcia. Przyczyną jest właśnie planowany czas życia produktu, w którym, z góry zakłada się, który element i po jakim czasie zepsuje się. Jednocześnie elementy te projektuje się w taki sposób, aby ich naprawa nie była opłacalna – klient czy chce czy nie, zostaje zmuszony do zakupu nowego produktu. Działy do projektowania usterek mają już nawet największe i słynące z jakości koncerny.

Przykładów zaplanowanej nieprzydatność produktu można mnożyć bez liku. Jednym z najbanalniejszych, ale też i najciekawszych są słuchawki wkładane do uszu. Większość z nich psuje się po 3, najdalej 6 miesiącach od zakupu. Dlaczego? Przyczyną jest zaplanowana nieprzydatność produktu, a dokładnie w tym wypadku grubość przewodów dobrana w taki sposób, aby przepływający przez nie prąd elektryczny przepalił je po ściśle określonym czasie.

Genialne, prawda? Problem w tym, że konsumpcjonizm i nieadekwatny do potrzeb wzrost produkcji ma bardzo duży wpływ na nasze środowisko. Przez nadmierną produkcję i promowanie stylu życia ponad stan, bez względu na to czy jest nam coś potrzebne czy nie, wpływamy na zużycie zasobów naturalnych i pozostawiamy coraz dłuższy ślad ekologiczny (więcej o śladzie). Rosnąca konsumpcja (i to ta, której nie potrzebujemy) nie odpowiada ilości surowców jakie może dostarczyć nam ziemia, a nawet stoi w jawnej sprzeczności z nią.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o planowaniu życia produktu zapraszam do obejrzenia genialnego filmu dokumentalnego…








środa, 1 maja 2013

Z wielkiej chmury mały deszcz

W zeszłym roku mogliśmy obserwować niecodzienne wydarzenie. Archeolodzy zaczęli wydobywać z dna Wisły łupy wojenne zrabowane przez Szwedów 3 wieki wcześniej. O ich istnieniu dotychczas nikt nie wiedział. Akcja archeologów stała się możliwa się dzięki innemu niecodziennemu zjawisku jakim był rekordowy spadek wody w Wiśle, nienotowany od czasów rozpoczęcia pomiarów, czyli od 600 lat. Na tym można by zakończyć relację traktując ją jako zwykłą ciekawostkę. Można by, gdyby spadek poziomu wody w Wiśle był przypadkowy, a taki jednak nie jest. Jego przyczyną jest ogromny deficyt wody. Informacja ta może wydawać się dziwna zwłaszcza osobom, które pamiętają jeszcze niedawne relacje telewizyjne o powodziach zalewającej Polskę, a jednak…

Nasz krajowy deficyt wody nie wynika z jej braku w ogóle, lecz z braku wody w odpowiednim miejscu i czasie oraz odpowiedniej jakości. W wyniku zmieniających się warunków klimatycznych, w Polsce już regularnie występować będą zarówno powodzie jak i susze. Ten drugi okres występuje zazwyczaj od maja do sierpnia, kiedy parowanie wody przewyższa opady.

Z problemu braku wody w Polsce nie zdaje sobie jednak sprawy większość ludzi, zwłaszcza tych żyjących w miastach, do których wodę dostarczają wodociągi podłączone do dużych zbiorników wodnych. Dlatego problem wydaje nam się nierealny, odległy i kojarzy raczej z Afryką niż naszymi rodzimymi terenami. Tymczasem sytuacja jest bardzo poważna. Na tle innych krajów europejskich Polska ma bardzo skromne zasoby wody pitnej. Średnio, w Europie na jednego człowieka przypada rocznie 5100 m³, natomiast w Polsce tylko 1700 m³. Dostrzec mogli to już rolnicy i mieszkańcy południowych, zwłaszcza podgórskich obszarów Polski.

Deficyt wody nie jest jednak problemem tylko naszego kraju. Na świecie sytuacja wygląda dużo gorzej - 40% ludności świata nie ma dostatecznej ilości wody, a około miliard ludzi ma dostęp wyłącznie do wody nie spełniającej podstawowych normy czystości. Co warto zaznaczyć jedynie 2 proc. z nich żyje w Europie, a reszta przede wszystkim w Azji i Afryce. Być może dlatego my, Europejczycy, tak mało uwagi zwracamy na ten problem.Tymczasem Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że każdego dnia umiera około 6000 dzieci z powodu chorób związanych z niedostatkiem wody pitnej.

Co my możemy zrobić? W naszych warunkach wystarczy przestać ją marnować. Szacuje się, że w samej Warszawie rocznie marnuje się 2,6 mld litrów wody rocznie. Jej zużycie możemy łatwo zmniejszyć poprzez zamykanie kranu podczas mycia zębów, branie prysznica zamiast kąpieli w wannie, mycie w zmywarce zamiast w zlewie czy poprzez wymianę uszczelek w zużytych kranach.

sobota, 27 kwietnia 2013

Martwa Zatoka

Skoro było o rybach to zostańmy jeszcze chwilę przy wodzie. Woda jest źródłem życia. Od niej wszystko się zaczęło i dzięki niej istniejemy. Podwodny świat, z którego pierwsze organizmy wyszły na ląd przed ponad 360 milionami lat, potrafi zachwycać różnorodnością i wielością żyjących w nim organizmów. Wola przetrwania życia w morskich głębinach jest ogromna. Nawet najgłębsze obszary dotychczas uważane za podwodne pustynie, w świetle najnowszych badań wskazują na coś zupełnie innego – ryby żyją nawet na głębokości 8km! Życie w ocenach można znaleźć więc wszędzie, a przynajmniej do niedawna można było znaleźć wszędzie, bo coraz więcej obszarów morskich, kiedyś pełnych życia, dziś jest całkowicie pozbawiona tlenu.

martwa strefa w Zatoce Meksykańskiej. Na czerwono zaznaczono obszary całkowicie pozbawione
tlenu i życia.Kolorem szarym zaznaczono granice poszczególnych stanów. Daje to pojęcie o wielkości zjawiska. Od lewej: od lewej Teksas, Luizjana, Missisipi

W latach 60. ubiegłego wieku znanych było takich miejsc 49. Dziś ich liczba przekracza 400 – całkowicie nieprzyjaznych i martwych. Najbardziej znanym jest Zatoka Meksykańska. Przyczyną tego zjawiska jest azot, jeden z podstawowych składników nawozów sztucznych, niezbędny do rozwoju roślin i dostający się do wody. Azot, tak samo jak sprzyja roślinom na ziemi, przyczynia się również do olbrzymiego rozrostu alg (wodorostów) w wodzie, które ginąc opadają na dno. Tam stają się pożywieniem dla mikroorganizmów zużywających tlen. Wtedy zaczyna go brakować rybom i innym morskim stworzeniom, które masowo giną. Wreszcie w pozbawionym tlenu środowisku rozmnażają się bakterie beztlenowe, produkujące silnie trujący siarkowodór – tak właśnie dzieje się w Zatoce Meksykańskiej, której martwy obszar obejmuje już 20 000 km kwadratowych. 

piątek, 26 kwietnia 2013

Co możesz zrobić?

Co możemy zrobić aby chronić gatunki i przyrodę? Hmm... mam kilka pomysłów, ale obawiam się, że na potrzeby tego bloga mogłyby zostać uznane za zbyt radykalne ;) Jeśli nie chcesz przypinać się do drzew, malować futer sprayem, kłaść się pod walcem lub strzelać do kłusowników to na początek proponuję odwiedzić stronę sos.wwf.pl i stworzyć swój dekalog ekologiczny. Strona w prosty sposób pokazuje, co każdy z nas, w codziennym życiu może zrobić, aby pomóc przyrodzie i zmniejszyć swój ekologiczny ślad.



Bardziej zainteresowanym tematem proponuję lekturę całej polskiej strony  World Wide Fund for Nature organizacji założonej w 1961 i będącej autorem raportu na temat stanu naszej planety.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Smutnych "Przygód kilka Wróbla Ćwirka"

Niedawno miałem okazję rozmawiać o polskich bajkach – o tym jakie były i o tym, że dziś już ich nie ma. Wśród wspominanych przez nas kreskówek znalazła się również bajka „Przygód kilka Wróbla Ćwirka”. Wspomnienie tej bajki przypomniało mi, że wróbli dawno nie widziałem już nie tylko w bajkach. Zacząłem uważniej obserwować otoczenie i chociaż  udało mi się zobaczyć kilka wróbli to miałem wrażenie, że jest ich niezmiernie mało. Okazało się, że nie jest to tylko moja obserwacja.

Wróble znikają z całego świata, a skala tego zjawiska zaskakuje. Przykładowo w Warszawie 30 lat temu było 50 tysięcy par wróbli. Obecnie jest ich o ok. 40 proc. mniej. W innych europejskich miastach jest jeszcze gorzej, w Hamburgu i Londynie jest ich o 80 proc. mniej niż w latach 80. XX wieku.

już dzisiaj zobaczenie takiej grupy wróbli jest bardzo trudne
Dlaczego wróble giną? Przyczyn drastycznego zmniejszenia populacji wróbla należy ponownie szukać w działaniach człowieka i ubocznych efektach naszego rozwoju technologicznego. Przede wszystkim dzięki nawozom i opryskom zmniejszona została ilość szkodników roślin, które są jednym z głównych źródeł pożywienia wróbla. Zmniejsza się także ilość małych gospodarstw rolnych, w których wróble miały łatwy dostęp do ziarna. W tej sytuacji głównym źródłem pożywienia dla wróbla stały się śmietniki. Plastikowe worki na śmieci, tak dziś powszechnie stosowane, są jednak dla tych małych ptaków często przeszkodą nie do przebycia. Na zmniejszenie populacji wróbla duży wpływ ma także modernizacja budynków polegająca na ich ocieplaniu, która likwiduje wszelkie załomy i dziury będące naturalnym miejscem gniazdowania wielu gatunków ptaków, nie tylko wróbli.

Pozornie może wydawać się że zniknięcie wróbli z naszego krajobrazu nie będzie miało żadnych konsekwencji, poza sentymentalnymi. O tym, że może być zupełnie inaczej świadczy przykład Chin. W latach 1958-1963 w ramach wielkiego skoku przeprowadzono tam kampanię „Zwalczanie czterech plag”, która objęła również zwalczanie wróbli mających, według władz, wyjadać ziarno przeznaczone na zasiewy. Masowe tępienie wróbla doprowadziło do eksplozji szkodników niszczących plony czego konsekwencją stało się powiększenie panującej w tym czasie w Chinach klęski głodu kosztującej życie 20-40 mln ludzi.

środa, 24 kwietnia 2013

Świat bez ryb?

Być może brzmi absurdalnie, ale... czym kończy się przełowienie w „mikroskali” ludzkość mogła przekonać się w 1992 roku, kiedy to w wyniku wieloletnich intensywnych połowów dorsza na Nowej Funlandii w Kanadzie ryb zabrakło. Niepohamowane działania człowieka doprowadziły nie tylko prawie całego wyginięcia gatunku w tym rejonie. Pracę straciło 40 tysięcy osób.

Przyroda dała nam ostrzeżenie i to bardzo mocne. Przykład Funlandii pokazał także długofalowe konsekwencje przełowienia. Mimo obowiązującego od 20 lat całkowitego zakazu połowów dorsza w tym rejonie, populacja tych ryb nigdy nie wróciła do rozmiarów jakie miała przed rozpoczęciem masowych połowów. Naukowcy uważają, że z jednej strony liczba pozostałych przy życiu osobników była zbyt mała, z drugiej strony na powrót dorszy nie pozwoliły inne gatunki, które wypełniły niszę ekologiczną.
Atlantycki tuńczyk błękitnopłetwy to jeden z gatunków już zagrożonych wyginięciem.
O jego zagrożeniu zadecydowała wysoka cena, spowodowana wykorzystaniem go jako
składnika tak bardzo popularnego ostatnio Sushi

Na podstawie tego przypadku, a nie jest to jedyny, choć najbardziej spektakularny,  przykład przełowienia, który doprowadził do całkowitego zaniku populacji, możemy budować dalsze wnioski. W Kanadzie pracę straciło 40 tysięcy osób, w przypadku wyginięcia większości gatunków ryb pracę straci 200 milionów ludzi utrzymujący się teraz z rybołówstwa, nie mówiąc już o konsekwencjach żywieniowych dla znacznej części świata. Tymczasem dane statystyczne mówią że 90% zasobów dużych ryb, takich, które uwielbiamy i stanowią podstawę naszej ryby diety zostało już wyłowionych. Wśród zagrożonych gatunków znajdują się tak popularne jak: halibut, łosoś, tuńczyk, merlin czy flądra.

Jedną z dróg ratunku populacji ryb są ustalane limity połowów, które pomagają odbudować się ławicom. Niestety władze wielu państw nadal nie zrozumiały zagrożenia i tego, że już wkrótce łowić nie będzie czego. Silny wpływ na to mają lobby związane z rybołówstwem. Z tego powodu ustalane limity często są wyższe o kilkaset procent od tych, które proponują naukowcy. Nawet takie ustalenia, które nie gwarantują należytej ochrony zagrożonym gatunkom,  są niejednokrotnie łamane przez rybaków.

Czy to oznacza, że mamy nie jeść ryb? Oczywiście, że nie. Możemy jednak chronić zagrożone gatunki dokonując świadomego wyboru i jedzenie tych ryb, które nie są zagrożone wyginięciem.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Zmierz swój ślad…

a dokładnie swój ślad ekologiczny, który jest, najprościej mówiąc, siłą naszego oddziaływania na środowisko. Na nasz ślad wpływa sposób wykorzystania przez nas zasobów naturalnych oraz poziom naszej konsumpcji. Wśród parametrów branych pod uwagę w obliczaniu wielkości śladu brane są także: emisja CO2, wynikająca z działalności ludzi, wielkość pól przeznaczonych pod uprawy i hodowlę zwierząt, ilość drewna pozyskiwanego z lasów oraz poławianych ryb i owoców morza, a także budowa naszej infrastruktury. Wartości te rosną wraz ze wzrostem konsumpcji - im większa konsumpcja tym większy ślad na środowisku zostawiamy, a przyroda potrzebuje więcej czasu aby ten ślad zatrzeć.




Jeśli chcesz wiedzieć jaki jest Twój ślad kliknij w ten link. Pod tym adresem zamieszono krótki quiz, który choć mocno uproszczony, to może dać nam dużo do myślenia. Po odpowiedzi na kilka pytań dowiesz się jaki obszar ziemi jest potrzebny aby utrzymać Twój styl życia. Pamiętaj że przy obecnej liczbie mieszkańców Ziemi, każdy człowiek może wykorzystać maksymalnie 1,8 globalnego hektara rocznie. Przekroczenie tej wartości prowadzi do wyczerpania zasobów naturalnych.

Jeśli masz więcej czasu zapoznaj się z kalkulatorem Twojej emisj CO2 . Kalkulator wyliczy, jaki jest Twój wpływ na środowisko, związany ze spalaniem paliw kopalnych. Nie tylko z transportu czy mieszkania, ale również z uwzględnieniem konsumpcji towarów przemysłowych, żywności i wszystkich pozostałych sfer życia. Kalkulator pomoże też zrozumieć, co musisz zrobić aby zmniejszyć emisję tego szkodliwego gazu.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Trochę inna dieta

Jednym z najważniejszych i najtrudniejszych problemów, które stoją przed człowiekiem jest kwestia wyżywienia rosnącej ludzkiej populacji. Mamy w tym względzie nawet pewne osiągnięcia. Powszechne stosowanie nawozów sztucznych i środków ochrony roślin wydanie zwiększyło plony osiągane z hektara ziemi. Sukces ten osiągnięto jednak za cenę dużych strat w postaci wysokiego skażenia środowiska, czego przykładem jest zagłada pszczół czy martwa zatoka meksykańska (informacje o nich znajdą się w kolejnych postach). Inną metodą zwiększenia plonów jest zwiększenie areałów upraw, co niesie skutki nawet bardziej dalekosiężne niż stosowanie nawozów. Coraz więcej wskazuje na to, że kluczem do naszego wyżywienia nie będzie zwiększenie produkcji. Stać się nim może zmiana nawyków żywieniowych, a przede wszystkim ograniczenie spożycia mięsa. Skąd taki pomysł? Wskazują na to proste wyliczenia. Aby wyprodukować 1 kg mięsa potrzeba 12 kg zboża i soi, które można wykorzystać do wyżywienia ludzi zamiast zwierząt. To nie jedyne szokujące kalkulacje pokazujące przewagę ekologiczną żywności roślinnej nad zwierzęcą.Warto przytoczyć ich więcej. Aby uzyskać 1 kg pszenicy potrzeba 190 litrów wody. Tymczasem na tę samą ilość mięsa potrzeba zużyć średnio 20 000 litrów wody! Ilość ziemniaków, które można uzyskać z 1 akra ziemi to 18 000 kg, tymczasem ilość wołowiny, którą można wyprodukować na tym samym obszarze to zaledwie 112 kg.

Nie namawiam nikogo do rezygnacji z mięsa – myślę jednak, że bez wielkiej straty dla nas moglibyśmy ograniczyć jego spożycie. Gdyby mieszkańcy USA ograniczyli jedzenia mięsa o 10% uzyskane oszczędności pozwoliłyby na wykarmienie 100 milionów ludzi. Należy też zauważyć, że spożycie mięsa, zawłaszcza w krajach rozwiniętych, wcale nie wynika z naszych potrzeb żywieniowych, a ze sztucznie stworzonego popytu, którego efektem są obecne nawyki żywieniowe. To prawda, że ludzie mięso jedli od zawsze, ale jedli je rzadko – często tylko raz tygodniu. Również wszelkie zalecenia dietetyczne jako podstawę żywienia zalecają warzywa i zboża, mięso umieszczając najczęściej na szczycie piramidy żywieniowej. A zatem Drodzy Państwo, czas na warzywa!!!

niedziela, 21 kwietnia 2013

Nu, zajec! Nu pagadi!

Informacje o zagrożonych wyginięciem egzotycznych gatunkach w mniejszej czy większej części, ale trafiają do mediów i świadomości zbiorowej. Dla większości ludzi nie jest tajemnicą fakt drastycznego zmniejszania populacji tygrysów, nosorożców czy słoni. Coraz częściej jednak przed widmem zagłady stają gatunki dotychczas pospolite, o dużej liczbie osobników. Nie są one co prawda już skazane na wymarcie, jednak drastycznie zmniejszająca się ich liczebność już teraz powinna budzić niepokój. Jednym z takich gatunków jest zając. W latach 70. XX wieku szaraków było w Polsce ok. 3,5 mln. Obecnie jest ich tylko ok. 500 tys. sztuk.
młody zając szarak

Przyczyn tak znacznego spadku liczebności gatunku ekolodzy upatrują w zmianach w rolnictwie, którego produkty stanowią jeden z podstawowych składników diety zajęcy.Wśród najważniejszych negatywnych zmian należy wymienić powszechne stosowanie środków chemicznych, tworzenie jednorodnych wielohektarowych gospodarstw zasianych roślinami, których zające nie jedzą. Ten mały ssak ma też wielu naturalnych wrogów – do najważniejszych należą lisy i ptaki drapieżne. Jest nim także człowiek, gdyż strzelanie do tych zwierząt stanowi jedną z ulubionych rozrywek myśliwych. Z ich rąk ginie w Polsce 17-19 tys. zajęcy rocznie. Środowisko to broni się jednak przed zarzutami twierdząc, że znacznie przyczynia się do ochrony tego gatunku przez hodowlę i wypuszczanie na wolność młodych osobników. Temu faktowi trudno zaprzeczyć. Jeszcze trudniej jednak przyklaskiwać motywacji działania myśliwych, kiedy są nimi polowania. Pokazuje to też dyskusja, w której przeciwnicy wprowadzenia w Polsce całkowitego zakazu polowania na zające argumentowali swój sprzeciw tym, że po wprowadzeniu zakazu myśliwi stracą motywację do ich ochrony. 

Więcej na temat przyczyn zmniejszania się populacji zajęcy w Polsce można przeczytać tutaj: patrz raport

sobota, 20 kwietnia 2013

Requiem dla gołębia wędrownego

Uśmiercenie, a raczej eksterminację gatunku gołębia wędrownego należy uznać za jedno ze „szczytowych osiągnięć” człowieka w kwestii niszczenia przyrody. Jedna z największych, jeśli nie największa, masakra przyrodnicza w dziejach ludzkości jest też naocznym przykładem tego, że nawet najbardziej liczne i pospolite gatunki wobec działań człowieka, i w spotkaniu z nim, nie mają szans na przetrwanie.
W 1881 roku na Coney Island, NY podczas
jednej imprezy "sportowej" zabito 20 000 gołębi

Gołąb wędrowny był najliczniejszym gatunkiem ptaka istniejącym na Ziemi w czasach historycznych. Liczebność tych ptaków w Ameryce Północnej, która była siedliskiem ich bytowania,  szacowano na 4 do 5 miliardów sztuk! Gołębie wędrowne formowały się w ogromne stada o szerokości do 1,5 km i długie na kilkaset kilometrów, a przelot tworzącej chmurę masy ptaków był, według relacji ówczesnych świadków, niezwykłym zjawiskiem świadczącym o potędze natury – największe zaobserwowane pojedyncze stado liczyło podobno 2 miliardy sztuk!

Wydało się że tak ogromnej populacji nie może nic zagrozić… a jednak. Pierwszym zagrożeniem dla gatunku stała się masowa wycinka lasów, które były naturalnym środowiskiem tych ptaków i zasiedlanie wykarczowanych terenów przez ludzi. Ostateczną zagładę gatunkowi przyniósł jednak popyt na ich mięso. Ogromna liczebność ptaków i łatwość polowań powodowała, że była to przez długi czas najtańsza i najłatwiej dostępna dziczyzna w Ameryce Północnej. Wśród ówczesnych metod stosowanych przy polowaniu na gołębie wymienia się m.in. nasączanie ziarna, które jadły gołębie spirytusem oraz podpalanie ognisk pod drzewami, na których ptaki miały gniazda.

Martha (zm. 1914)
- ostatni gołąb wędrowny

Ptaki te zabijano jednak nie tylko dla mięsa. Dla wielu stanowiły zwykłe tarcze strzelnicze. Polowania na nie trwały cały wiek XIX. Tymczasem już w połowie tego wieku nastąpiły symptomy spadku liczebności gatunku. Liczba zabijanych gołębi szybko przekroczyła liczbę ich narodzin. Utrzymaniu gatunku nie sprzyjał także fakt tego, że samica w jednej chwili wysiadywała tylko jedno jajo. Mimo ostrzeżeń bardziej świadomej części społeczeństwa, a nawet poruszenia sprawy w amerykańskim Kongresie, uznano że niebezpieczeństwa zagłady gatunku nie ma i kontynuowano naganny proceder. Kiedy rzeczywistość dotarła do szerszej świadomości społecznej było już za późno. Według niektórych źródeł ostatni żyjący na wolności gołąb wędrowny zginął w 1900 r., zastrzelony przez kilkunastoletniego chłopca. 14 lat później smutna historia gołębia wędrownego dopełniła się, gdy padł ostatni przedstawiciel tego gatunku przetrzymywany w ZOO.


piątek, 19 kwietnia 2013

rekin vs. człowiek 0:1

Rekiny, o których wiedzę i poglądy mojego pokolenia (nie będę się wywyższał i dodam że również moje) w znacznej części ukształtowały filmy z serii „Szczęki” są jednymi z niewielu zwierząt, które osiągnęły sukces ewolucyjny legitymujący 400 milionami lat istnienia gatunku!!! Rekiny nie tylko są jednymi z najstarszych gatunków na Ziemi, pełnią też ważną rolę w morskim ekosystemie. Zdawało by się, że tej będącej na szczycie morskiego łańcucha pokarmowego rybie (a przynajmniej jej drapieżnej części, bo są i takie, które żywią się planktonem) nic nie zagraża. Człowiek potrafi zjeść jednak wszystko i rekin nie jest tu wyjątkiem.

z 360 znanych gatunków rekina tylko kilka jest
niebezpiecznych dla ludzi
W zasadzie cały rekin człowiekowi nie jest potrzebny – wystarczą płetwy, bo z nich robi się tradycyjną chińską, a ostatnio bardzo modną na całym świecie, zupę. Sytuacji rekinów nie polepsza fakt, że dla człowieka zabijanie rekinów stanowi niezwykle atrakcyjny biznes. W Hongkongu ceny płetw wahają się pomiędzy 90 a 300 euro za kilogram. Rekiny płetwy tracą najczęściej jeszcze na pokładzie statku, który je wyłowił. Ponieważ po całej operacji reszta rekina (a w zasadzie jego zasadnicza część) najczęściej nie jest już potrzebna, trafia z powrotem do wody. W jakich męczarniach ryba kończy żywot nie trzeba opowiadać. Warto jednak dodać, że w ten lub podobny sposób z rąk człowieka ginie ich około 100 milionów rocznie. To tak jakby zupełnie wyludnić w ciągu roku obszar wielkości Polski – i to prawie 3 razy.

Dzieci i ryby głosu nie mają

Dlatego w ich imieniu mówić muszą dorośli. A mówić trzeba szybko, bo za chwilę może nie być o czym. Już wkrótce zobaczenie ryby, nawet na talerzu, może być równie łatwe jak trafienie szóstki w totka. Największym problemem ryb, niewidocznym z perspektywy marketowych lodówek, jest przełowienie. Nazwą tą określa się nadmierną eksploatację łowisk prowadzącą do takiego spadku liczebności ryb, która uniemożliwia ich odtworzenie. Według niektórych szacunków już 75% łowisk na świecie jest przełowiona lub całkowicie wyeksploatowana. Problem ten nie dotyczy tylko biednych krajów, dla których ryby są podstawą żywienia i ich brak doprowadzić może do załamania gospodarki (w Azji ryby dostarczają 23% spożywanego przez ludzi białka, a w Afryce Zachodniej już 50%, podczas gdy średnia światowa wynosi jedynie 15%). W statystykach przełowienia króluje nowoczesna i ekologiczna Unia Europejska. Problem w tym, że wśród oficjalnych czynników nie ma zgodny na ustalenie takich limitów połowu, które umożliwiłyby odrodzenie gatunków. Do czego to prowadzi postaram się opisać w kolejnym poście.
definicja przełowienia...

Problemem nie jest tylko nadmierny połów. Rocznie na całym świecie łowi się około 140 mln ton ryb, z czego 90 mln to ryby żyjące w naturze, reszta pochodzi z hodowli. Statystyki nie mówią jednak nic o tym co dzieje się na pokładach statków i kutrów rybackich, a co niezmiernie wpływa na stan zasobów w naszych morzach i oceanach. Wielkość oczek w sieciach rybackich regulowana między innymi Konwencją w sprawie regulowania oczek sieci rybackich rybach. Jej założenia teoretycznie mają pozwolić na przepłynięcie młodych, niewymiarowych ryb przez oczka sieci. W rzeczywistości ich wielkość powoduje, że większość z nich w sieci zostaje. Oczywiście ryby zbyt małe, młode lub niechcianych gatunków, które zaplątały się w sieci trafiają do wody, często jednak już martwe. W ten sposób gatunki, które tracą młode osobniki nie mają szans odbudować się. Szacunki mówiące ile ryb ginie w ten sposób są bardzo różne, ale pewnością nie jest to mniej niż 10% wszystkich złowionych ryb. Niektóre źródła mówią nawet o 27 milionach ton...

czwartek, 18 kwietnia 2013

Tragedia Jeziora Aralskiego

Niekontrolowane wysychanie Jeziora Aralskiego jest jednym z najdrastyczniejszych przykładów bezmyślności i arogancji ludzkiej prowadzących do ogromnej katastrofy ekologicznej. W latach 60. ubiegłego wieku jezioro to było czwartym co do wielkości jeziorem na świecie i zajmowało obszar zbliżony do wielkości Irlandii. W wyniku radzieckiego programu zakładającego wykorzystanie dwóch dopływów jeziora (Amu-darii na południu oraz Syr-darii na północy) do nawadniania pól bawełnianych i ryżowych doprowadzono do prawie całkowitego wyschnięcia jeziora. Co gorsza, nieprawidłowe założenia planu spowodowały nie tylko wyschnięcie zbiornika, ale nie pomogły też polom uprawnym. Znaczna część odprowadzonej z dopływów jeziora wody po prostu wsiąkła w ziemię nie przynosząc nikomu żadnych korzyści.

Drastyczne zmniejszenie obszaru zajmowanego przez jezioro było tylko pierwszą z katastrof inicjującą kolejne zmiany w regionie. Kolejną tragedią był 10-krotny wzrost zasolenia wody w pozostałej jeszcze części zbiornika, co pozbawiło dostępu do słodkiej wody tysiące ludzi. Na domiar złego zmniejszanie się ogromnego niegdyś jeziora doprowadziło do zmiany klimatu w całym regionie, który z morskiego przekształcił się w kontynentalny. Efektem są, niewystępujące tam wcześniej, gorące lata, które przyśpieszyły parowanie wody. W rejonie bogatego w życie jeziora pozostała obecnie jedynie pustynia…

porzucone statki rybackie na pustyni powstałej po wyschnięciu jeziora

Ostatnim akordem tragedii była utrata pracy przez tysiące ludzi, żyjących dotychczas dzięki bogactwu wody. Obecnie trwają próby uratowania ostatniego północnego skrawka jeziora, zwanego kiedyś, ze względu na rozmiary, Morzem Aralskim. Mimo ogromnych nakładów finansowych i budowy zapory mającej zatrzymać dalszy odpływ wody ze zbiornika, kolejne lata pokazują, że próba ta może ostatecznie się nie udać.

środa, 17 kwietnia 2013

Raport o stanie Ziemi

Jednym z najdoskonalszych źródeł informujących o tym, w jaki sposób ludzie korzystają z zasobów Ziemi i w jaki sposób ją traktują jest „Living Planet Report”. Najważniejszą konkluzją płynącą z publikowanego co dwa lata raportu jest fakt naszego ekologicznego życia na kredyt.

Obecnie w ciągu roku zużywamy o 50% więcej zasobów Ziemi niż może ona w analogicznym czasie odtworzyć. Jest to jednak tylko średnia. Oczywiście są państwa, które zużywają tych zasobów znacznie więcej. Niechlubny prym wiodą Stany Zjednoczone, które zużywają zasoby o 600% większe niż powinny. Inaczej mówiąc, gdyby wszyscy ludzie na Ziemi, żyli tak jak Amerykanie (a jest to marzeniem pewnie niejednego człowieka) potrzebowalibyśmy 6 takich planet jak Ziemia, żeby nie doprowadzić do szybkiego wyczerpania zapasów zasobów naturalnych i zniszczenia środowiska.

Również Polska nie wypada w tym raporcie najlepiej – zużywamy o 100% zasobów więcej niż Ziemia może nam zaoferować bez konsekwencji dla niej. Stawia nas to w pierwszej pięćdziesiątce państw najwięcej czerpiących z zasobów naszej planety.

Co stanie się jeśli nadal będziemy korzystać z bogactw Ziemi w ten sposób? Mówiąc najprościej kredyt się skończy, a my będziemy musieli spłacić go w całości, natychmiast...i to z odsetkami. Wnioski płynące z raportu, choć bardzo proste, dla większości nie są oczywiste. Dowodem tego są kolejne edycje „Living Planet Report”, które wskazują, że kredyt, który zaciągamy wobec ziemi z każdym rokiem jest coraz większy.

Zainteresowanym polecam pełną wersję raportu: „Living Planet Report”, a w kolejnych postach postaram się przybliżyć kilka z długów, które zaciągnęliśmy.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Jeże...

Nie wiem, czy można zadedykować komuś bloga, ale mój chciałbym zadedykować jeżom, o których ostatnio ktoś mi opowiedział. Dlaczego nim? Bo to one zainspirowały mnie do jego napisania i do przemyślenia kilku rzeczy, które od dłuższego czasu bezładnie kołatały się w mojej głowie.


Istnienie tych konkretnych jeży uświadomiła mi rozmowa o Drogowej Trasie Średnicowej – sztandarowej inwestycji drogowej na Śląsku, ciągnącej się od lat 80. ubiegłego wieku. Podczas rozmowy dowiedziałem się, że ostatnio budowę tej trasy próbowali przerwać ekolodzy twierdząc, że zagraża ona populacji jeży w tym rejonie. Czy są one, w tym miejscu, faktycznie zagrożone? Tego nie wiem. Urzędnicy i inwestor twierdzą że nie, a cały problem jest mocno przesadzony. Rozmowa ta obudziła we mnie jednak pewną, być może małą odkrywczą,  refleksję dotyczącą władzy człowieka nad przyrodą. Zacząłem zastanawiać się dlaczego jeże (choć tak naprawdę były one tu tylko symbolem) mają mieć mniejsze prawo do przebywania na Ziemi od nas i dlaczego mamy decydować o ich losie. Przecież jesteśmy tylko jednym z wielu gatunków zamieszkujących tę planetę. Zacząłem przypominać sobie wszystkie znane mi przypadki, w których to ludzie byli przyczyną, czy to pośrednią czy bezpośrednią, zagłady różnych gatunków. Przypomniałem sobie ich bardzo dużo, myślę że starczyłoby na dwa takie blogi. Zacząłem sobie uświadamiać jak wielką władzę mamy nad przyrodą, nie tylko ożywioną, ale również nieożywioną i jak bardzo źle z tej władzy korzystamy.

Bezgranicznie czerpiemy ze spektrum możliwości, jakie władza nam przynosi, jednocześnie  na każdym możliwym polu unikamy odpowiedzialności z nią związaną. Zapominamy, że władza nad "jeżami" daje nam nie tylko możliwość ich wykorzystania do własnych celów lub unicestwienia, ale także możliwość ich uratowania. Czerpiemy z Ziemi pełnymi garściami nie dając jej nic w zamian. W moim przekonaniu ta postawa, w ostatecznym rozrachunku, przyniesie zgubne konsekwencje nie tylko przyrodzie, ale również nam i nie zgadzam się na to. Mam nadzieję, że ten blog będzie tego jakimś wyrazem.