Czy naprawdę musimy teraz coś robić aby ratować Ziemię i przyrodę ? Nie musimy. Za naszego życia z dużym prawdopodobieństwem nie nastąpi żadna globalna katastrofa ekologiczna… a oglądnie ich w telewizji wciśniętych między wiadomości z polityki, a pogodę nikogo przecież tak naprawdę nie obchodzi. Jeszcze przez pewien czas Ziemia, z coraz większym trudem, ale jednak, zniesie naszą obecność.
Czy coś zrobimy w najbliższym czasie? Niestety jestem przekonany że nie. Przynajmniej nie w wymiarze globalnym. Z pewnością zmieni się, a nawet już zmieniła świadomość pojedynczych ludzi, a nawet większych grup. Część z nas zmieni nawet swój styl życia. Nie zmieni się jednak świadomość ludzi jako całej zbiorowości, przynajmniej tak uważam. Jesteśmy destrukcyjnym gatunkiem. Do czasu, w którym problemy nie dotykają nas bezpośrednio, nie interesują nas. Podświadomie czujemy zagrożenie, wiemy że zaczyna dziać się coś złego, ale jeśli jest to daleko - nic z tym nie robimy. Reagujemy i działamy dopiero kiedy problem zaczyna dotyczyć nas bezpośrednio.
Czy zrobimy coś w przyszłości? Na pewno. Ludzie wielokrotnie dawali przykład, tego że postawieni wobec katastrof globalnych potrafią się zmobilizować się w nieprzeciętny sposób. Problem w tym, że pokolenie, któremu przyjdzie się zmierzyć ze zniszczeniem przyrody i wyczerpaniem zasobów naturalnych, będzie na to wydarzenie prawdopodobnie przygotowane w takim stopniu jak my dzisiaj – czyli w ogóle. Pozostaje mieć nadzieję, że gdy dotrze do nas to, że musimy wreszcie coś zrobić, nie będzie już późno…
Większość ludzi, nie wyłączając autora tego bloga, pragnie dobrego, bezpiecznego i wygodnego życia. Chcemy mieć duże mieszkania, dobre samochody, komputery i telefony, nieograniczony dostęp do technologii i rozrywek, tanią ropę i żywność. W samych dążeniach nie ma nic złego. Niestety nasze dążenia prawie nigdy nie idą w parze z troską o środowisko. Bezkrytycznie dążymy do celu nie zważając na konsekwencje. Realizujemy coraz śmielsze projekty technologiczne dla samej ich realizacji, bez refleksji nad tym jakie konsekwencje może mieć ich działanie. W pogoni za dobrami materialnymi, z każdym rokiem coraz bardziej nadmiernie eksploatujemy i niszczymy środowisko. Zapominamy, że niszcząc je, w rzeczywistości niszczymy siebie.
Jesteśmy nierozerwalnie złączeni z naszą planetą, nasze istnienie zależy od niej, ale ona istniała i może istnieć bez nas. To czy tak będzie zależy jednak tylko od nas. Jako jedyny gatunek na ziemi nie żyjemy z nią w zgodzie, żyjemy zachłannie, na kredyt. To powoduje że, w moim przekonaniu, dziś jesteśmy najbardziej zagrożonym gatunkiem na ziemi. Jako jedyne stworzenia na Ziemi, mimo swej świadomości, wiedzy i umiejętności, możemy doprowadzić do swego upadku. I nikt nas przed tym nie zatrzyma, możemy to zrobić wyłącznie my sami…
W 2000 r w hiszpańskiej części Pirenejów zginął ostatni koziorożec pirenejski Bucardo. O tym, że gatunek ten skazany jest na zagładę naukowcy wiedzieli już kilka lat wcześniej. Dlatego odnaleźli ostatniego żyjącego koziorożca i założyli mu obrożę, która w chwili śmierci pozwoliła naukowcom odnaleźć jego ciało. Dlaczego to zrobiono? Bezprecedensowy plan naukowców zakładał przywrócenie gatunku do życia. Zachowano komórki Bucardo, a następnie przez kilka lat próbowano wczepić do kozich jajeczek zbliżonego gatunku, z których usunięto pierwotne DNA, jego kod genetyczny. Po sukcesie tej operacji dokonano implantu u matek zastępczych. Wreszcie po wielu próbach naukowcom udało się zapłodnić jedną z nich. Niestety narodzone koźlątko przeżyło jedynie 10 minut.
koziorożec pirenejski Bucardo
Od tego czasu świat nauki uczynił jednak znaczny postęp, a współczesne techniki wskazują, że podobne metody, choć trudne, dają wysoką szansę na wskrzeszenie wymarłych niedawno gatunków. Czy powinniśmy to robić? Pozwolę sobie oddać głos Michaelowi Archerowi, paleontologowi z australijskiego Uniwersytetu w Południowej Walii: „Jeśli mówimy o gatunkach, których wymarcie spowodowaliśmy, to myślę, że jesteśmy zobowiązani do prób ich wskrzeszenia. Niektórzy ludzie odrzucają takie myślenie, twierdząc że wskrzeszenie nieistniejących gatunków to uzurpacja roli Pana Boga. Ja jednak uważam że bawiliśmy się w Pana Boga, eksterminując te zwierzęta” – zgadzam się z tym zdaniem w 100%.
Na całym świecie, w tym w Polsce, pszczoły giną masowo. Problem ten zauważono już kilka lat temu, jednak dopiero od niedawna zaczęto traktować go poważnie, gdy uświadomiono sobie skalę zjawiska i jego konsekwencje. Dlaczego ich wymieranie jest tak istotne? Chociaż nie uświadamiamy sobie tego to pszczoły mają bardzo istotny wpływ na nasze życie, a ich brak może doprowadzić do globalnej katastrofy ekologicznej. To owady, głównie pszczoły, zapylają 84 procent z 264 roślin uprawianych w Europie, a 90% roślin nieuprawnych jest zapylane wyłącznie przez ten gatunek. Nie wszystkie rośliny niezbędnie potrzebują zapylaczy (potrafią bez nich przetrwać, ale wydają słabsze plony), ale te które ich potrzebują, bez pszczół po prostu zginą. W naszym klimacie będzie to około trzy czwarte roślinności... Ich brak będzie oznaczał brak znacznej części pokarmu dla ludzi i dla zwierząt.
Tymczasem szacuje się, że tylko w bieżącym roku, w Stanach Zjednoczonych zginęło 50% kolonii pszczół. Choć skala zjawiska w innych krajach nie jest tak duża to dane są zatrważające. Przez długi czas nie znano przyczyny tego zjawiska. Dziś wiadomo, że składa się na nie wiele przyczyn, ale za głównego sprawcę masakry uważane są środki ochrony roślin, a zwłaszcza pestycydy. Choć nie jest to jeszcze całkiem pewne to z dużym prawdopodobieństwem powodują one porażenie układu nerwowego nie tylko szkodników, ale i pożytecznych owadów zapylających. Efektem interakcji pszczoły z środkiem chemicznym jest najczęściej dezorientacja pszczoły. W rezultacie dana rodzina pszczela wylatuje po nektar i żadna z pszczół nie wraca już do ula.
Jak już wspomniałem nie jest to jedyna przyczyna umierania pszczół. Wśród winowajców wymieniane są też choroby i jednorodne uprawy na bardzo dużych obszarach. Najbardziej interesującym, chociaż nadal praktycznie niezbadanym wątkiem, jest wykryta silna korelacja między większą śmiertelnością pszczół a ilością upraw genetycznie zmodyfikowanych występujących na danym obszarze. Ta informacja może budzić zastanowienie w kontekście spożywania takiej żywności przez nas w coraz większych ilościach...
Można powiedzieć że tak i nie. Podjęcie kilku prostych ekologicznych zobowiązań (patrz dekalog) może nam przynieść korzyści finansowe. Gaszenie światła, zamykanie kranów, ocieplenie mieszkania czy zmniejszenie ilości spożywanego mięsa może korzystnie wpłynąć na grubość naszego portfela. Z drugiej strony wiele działań ekologicznych, zwłaszcza tych w skali globalnej, jest bardzo kosztowana. Budowa infrastruktury z uwzględnieniem wymogów ekologicznych zawsze podnosi koszty inwestycji. Drogi z przejściami dla zwierząt, elektrownie czy samochody emitujące mniej szkodliwych gazów, produkcja w sposób nie przynoszący toksycznych odpadów i wiele innych, będą zawsze kosztowały więcej niż inwestycje pomijające te aspekty. Musimy jednak zastanowić się nad tym jakie koszty poniesiemy, my ludzie, kiedy wyczerpiemy zasoby naturalne lub zatrujemy przyrodę do tego stopnia, że życie na naszej planecie stanie się bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Już teraz za naszą krótkowzroczność płacimy dużą cenę – żyjąc w zatrutym środowisku, oddychając spalinami, żywiąc się żywnością podrasowaną chemikaliami, coraz częściej płacimy za to naszym zdrowiem. Wiele najgroźniejszych chorób XX wieku takich jak np. choroby układu krążenia czy nowotwory ma duży związek ze stylem życia jaki prowadzimy i w jakim środowisku żyjemy... To prawda, że jeśli będziemy chcieli żyć w zgodzie z nasza planetą i z szacunkiem dla niej będziemy musieli ponieść koszty. Jednak czy nie są one warte naszego życia i życia przyszłych pokoleń?
Marksistowska definicja kapitalizmu mówiła że kapitalizm to system oparty na wyzysku człowieka. Do tej, dziś delikatnie mówiąc niemodnej, definicji dorzuciłbym jeszcze jedno. Kapitalizm to system wyzysku człowieka, ale również przyrody. Nie czuję się kompetentny odpowiadać na pytanie czy są systemy lepsze, ale jestem przekonany, że ten przyrodzie służyć nie będzie. Dlaczego? Postaram się wytłumaczyć poniżej.
Bezpośrednią pochodną kapitalizmu jest konsumpcjonizm i nie zmienia tego fakt, że przez wielu teoretyków kapitalizmu konsumpcjonizm był krytykowany. Dobrobyt w kapitalizmie, który nawiasem mówiąc jest domeną uprzywilejowanej części ludzkości, opiera się na ciągłym wzroście gospodarczym, a ten na wzroście produkcji. Problem w tym, że aby utrzymać wzrost produkcji trzeba mieć również konsumpcję. I to nie zwykłą konsumpcję wynikającą z rzeczywistych potrzeb człowieka, ale konsumpcję coraz większą, proporcjonalną do wzrostu produkcji.
Aby tego dokonać należy przekonać społeczeństwa do tego aby kupowały więcej niż potrzebują. Jak to zrobić? Metody są dwie. Pierwszą z nich jest przekonanie człowieka, że wysokość konsumpcji jest podstawową wartością i wyznacznikiem jakości jego życia. W ten właśnie sposób wykreowano trend zwany konsumpcjonizmem, który polega na „nieusprawiedliwionej (rzeczywistymi potrzebami oraz kosztami ekologicznymi, społecznymi czy indywidualnymi) konsumpcji dóbr materialnych”.
Jednak część społeczeństwa, zwłaszcza ta świadoma, posiadająca ukształtowany własny system wartości nie podąży za tym trendem. Dla nich wymyślono inną metodę zmuszającą do nabywania – zaplanowaną nieprzydatność produktu. Na pewno wielu z was zastanawiało się nad tym dlaczego kiedyś lodówka, pralka i wiele innych sprzętów pracowało 10-15 lat, a dziś połowa tego czasu to dla wielu urządzeń wynik trudny do osiągnięcia. Przyczyną jest właśnie planowany czas życia produktu, w którym, z góry zakłada się, który element i po jakim czasie zepsuje się. Jednocześnie elementy te projektuje się w taki sposób, aby ich naprawa nie była opłacalna – klient czy chce czy nie, zostaje zmuszony do zakupu nowego produktu. Działy do projektowania usterek mają już nawet największe i słynące z jakości koncerny.
Przykładów zaplanowanej nieprzydatność produktu można mnożyć bez liku. Jednym z najbanalniejszych, ale też i najciekawszych są słuchawki wkładane do uszu. Większość z nich psuje się po 3, najdalej 6 miesiącach od zakupu. Dlaczego? Przyczyną jest zaplanowana nieprzydatność produktu, a dokładnie w tym wypadku grubość przewodów dobrana w taki sposób, aby przepływający przez nie prąd elektryczny przepalił je po ściśle określonym czasie.
Genialne, prawda? Problem w tym, że konsumpcjonizm i nieadekwatny do potrzeb wzrost produkcji ma bardzo duży wpływ
na nasze środowisko. Przez nadmierną produkcję i promowanie stylu życia
ponad stan, bez względu na to czy jest nam coś potrzebne czy nie,
wpływamy na zużycie zasobów naturalnych i pozostawiamy coraz dłuższy
ślad ekologiczny (więcej o śladzie). Rosnąca konsumpcja (i to ta, której nie
potrzebujemy) nie odpowiada ilości surowców jakie może dostarczyć nam
ziemia, a nawet stoi w jawnej sprzeczności z nią.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o planowaniu życia produktu zapraszam do obejrzenia genialnego filmu dokumentalnego…
W zeszłym roku mogliśmy obserwować niecodzienne wydarzenie. Archeolodzy zaczęli wydobywać z dna Wisły łupy wojenne zrabowane przez Szwedów 3 wieki wcześniej. O ich istnieniu dotychczas nikt nie wiedział. Akcja archeologów stała się możliwa się dzięki innemu niecodziennemu zjawisku jakim był rekordowy spadek wody w Wiśle, nienotowany od czasów rozpoczęcia pomiarów, czyli od 600 lat. Na tym można by zakończyć relację traktując ją jako zwykłą ciekawostkę. Można by, gdyby spadek poziomu wody w Wiśle był przypadkowy, a taki jednak nie jest. Jego przyczyną jest ogromny deficyt wody. Informacja ta może wydawać się dziwna zwłaszcza osobom, które pamiętają jeszcze niedawne relacje telewizyjne o powodziach zalewającej Polskę, a jednak…
Nasz krajowy deficyt wody nie wynika z jej braku w ogóle, lecz z braku wody w odpowiednim miejscu i czasie oraz odpowiedniej jakości. W wyniku zmieniających się warunków klimatycznych, w Polsce już regularnie występować będą zarówno powodzie jak i susze. Ten drugi okres występuje zazwyczaj od maja do sierpnia, kiedy parowanie wody przewyższa opady.
Z problemu braku wody w Polsce nie zdaje sobie jednak sprawy większość ludzi, zwłaszcza tych żyjących w miastach, do których wodę dostarczają wodociągi podłączone do dużych zbiorników wodnych. Dlatego problem wydaje nam się nierealny, odległy i kojarzy raczej z Afryką niż naszymi rodzimymi terenami. Tymczasem sytuacja jest bardzo poważna. Na tle innych krajów europejskich Polska ma bardzo skromne zasoby wody pitnej. Średnio, w
Europie na jednego człowieka przypada rocznie 5100 m³, natomiast w
Polsce tylko 1700 m³. Dostrzec mogli to już rolnicy i mieszkańcy południowych, zwłaszcza podgórskich obszarów Polski.
Deficyt wody nie jest jednak problemem tylko naszego kraju. Na świecie sytuacja wygląda dużo gorzej - 40% ludności świata nie ma dostatecznej ilości wody, a około miliard ludzi ma dostęp wyłącznie do wody nie spełniającej podstawowych normy czystości. Co warto zaznaczyć jedynie 2 proc. z nich żyje w Europie, a reszta przede wszystkim w Azji i Afryce. Być może dlatego my, Europejczycy, tak mało uwagi zwracamy na ten problem.Tymczasem Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że każdego dnia umiera około 6000 dzieci z powodu chorób związanych z niedostatkiem wody pitnej.
Co my możemy zrobić? W naszych warunkach wystarczy przestać ją marnować. Szacuje się, że w samej Warszawie rocznie marnuje się 2,6 mld litrów wody rocznie. Jej zużycie możemy łatwo zmniejszyć poprzez zamykanie kranu podczas mycia zębów, branie prysznica zamiast kąpieli w wannie, mycie w zmywarce zamiast w zlewie czy poprzez wymianę uszczelek w zużytych kranach.